
Wyścig, na który czeka każdy kibic F1, a jak widzi zapowiadany deszcz to uśmiech staje się jeszcze większy, nawet jeśli pamięta rok 2021. Zatem jak można było to popsuć? Jak z idealnie zapowiadającego się wyścigu – trudne warunki pogodowe + wymagająca nitka toru zrobić wydarzenie konkurujące atrakcyjnością z Grand Prix Monako. Okazuje się, że wcale nie tak trudno.
Zanim jednak o niedzielnej klapie to zaczniemy od kwalifikacji i sprintu. Tam działo się dużo i kibice nie mogli narzekać. Pierwsze co rzuciło się w oczy to rotacje setupem. Podobnie jak na Silverstone Red Bull poszedł w niski docisk, stawiając na prędkość na prostych. To miało dać im przewagę w sektorach 1 i 3 oraz ułatwić potencjalne wyprzedzanie. McLareny natomiast poszły w zupełnie inną stronę – duży docisk, który dawał im przewagę w najdłuższym i najbardziej krętym sektorze drugim. Jeśli mamy porównywać te ustawienia to zdecydowanie lepiej wypadł McLaren, ale tylko połowicznie. Oscar Piastri zdominował kwalifikacje do sprintu pobijając przy tym rekord toru Lewisa Hamiltona z 2020 roku (Bolid W11). Na łopatki rozłożył również konkurencję. Pół sekundy przed Verstappenem i 0,6 sekundy nad Lando Norrisem. Różnica kosmiczna. Wynik Lando Norrisa był szeroko komentowany przez ekspertów na torze. Najbardziej do odpowiedzi wyrywał się Nico Rosberg, który ewidentnie nie przepada za Brytyjczykiem. Norrisowi oberwało się kilka razy za błędy i brak powtarzalności, a to dopiero kwalifikacje do sprintu.
Zostajemy w temacie sprinterskich kwalifikacji, ale przechodzimy na koniec tabeli. Tam Kimi Antonelli, który Grand Prix na Spa będzie chciał jak najszybciej zapomnieć. Brak tempa nie pozwolił mu się wydostać z SQ1. Włoch w tym sezonie zdecydowanie nie błyszczy. Można by się zacząć zastanawiać czy aby na pewno debiut w Mercedesie to jest dobra ścieżka dla takiego młodziaka. Porównując jego start kariery do startu Russela wydaje mi się, że Kimi od razu spotkał się z gigantyczną presją i oczekiwaniami. Mówi się przecież o nim jak o drugim Verstappenie. Russelowi też nie odbierano talentu, ale każdy miał świadomość, że w Williamsie sukcesem jest nie dojechanie na ostatnim miejscu. Ale ok, o ile w przypadku Antonellego można to zrzucić na brak doświadczenia to gorzej będzie w przypadku Hamiltona. Hamiltona, który przed weekendem mówił, że on odczaruje Ferrari. Wielu się nie udało odnieść tu sukcesu (Vettel, Alonso) ale ja dam radę! Końcówka sesji SQ1, Lewis dojeżdża do ostatniej szykany i blokuje tylne koła – spin. Błąd nowicjusza można by powiedzieć, z resztą sam Lewis powiedział, że to pierwszy raz w jego karierze. Lewis łatwo nie ma i nie zapowiada się, żeby coś się zmieniło. Dodatkowo po weekendzie w Belgii zamieścił enigmatyczny post na swoich social mediach z datą 08.08. Nie będziemy tu spekulować, bo może chodzić o dosłownie wszystko zaczynając od promocji jednej z jego marek kończąc na ogłoszeniach czysto związanych z karierą sportową.
Przechodzimy do sprintu, a tam niespodzianka. Jak debiutować jako szef zespołu to najlepiej zwycięstwem. Tak było w przypadku Laurenta Mekiesa i Maxa Verstappena, który ten sprint wygrał. Max zaliczył bardzo dobry start, a potem trzymał się blisko Oscara tak żeby zaatakować na końcu prostej Kemmel. Wyprzedził go od zewnętrznej, a potem trzymał prowadzenie do końca wyścigu. Bardzo pomógł mu inżynier wyścigowy, który doradzał, jak wykorzystywać zebraną energię do obrony oraz jak wygląda sytuacja u rywali. Warto także dodać, że inżynierem wyścigowym znowu był Simon Rennie, który zastępuje już drugi raz w tym sezonie Lambiase.
Udany debiut Mekies zaliczył nie tylko na torze. Zdobył przychylność mediów, które dowiedziały się o niespodziewanej wymianie podłogi u Tsunody między sprintem a kwalifikacjami do głównego wyścigu. Niespodziewanej, bo podłoga nie była pierwotnie przeznaczona dla Yukiego. Była rezerwową Maxa i była częścią pakietu poprawek sprzed kilku wyścigów. Media oczywiście oprócz dobrego ruchu Mekiesa przywróciły temat faworyzacji Maxa. Decyzja słuszna i dobrze, że Yuki mógł to przetestować. Ponadto na pewno dobrze wpłynęło to na jego psychikę. Nie szukałbym jednak sensacji w postaci jawnej faworyzacji, przynajmniej takiej na niesportowym tle. Warto zaznaczyć w tym momencie, że mimo tego, że w F1 występują zespoły nie jest to sport drużynowy i nigdy nie był. Dobro zespołu jest ważne i właśnie ze względu na dobro drużyny zespół chodź by bardzo nie chciał to musi wybrać swojego kierowcę numer jeden. Czasem – tak jak w przypadku Red Bulla – robi się to samo. Max ma gigantyczną przewagę nad Tsunodą i nie powinno dziwić to, że to on dostaje poprawki jako pierwszy. Tylko Holender z tej dwójki ma szanse na tytuł Mistrzowski (raczej tylko matematyczne). Wiadomo, zawsze jest niesmak jak takie rzeczy wychodzą, ale niestety tak wygląda ten sport. Nie zdziwiłbym się, gdyby Yuki po prostu został poinformowany o tym, że jego bolid będzie traktowany jako królik doświadczalny, a on ma po prostu zbierać dane. Dobrze by jednak było, gdyby Japończyk dostawał coraz więcej tych poprawek. Media lubią takie kąski, a Verstappena wręcz przeciwnie. Dużo mówiło się o tym, że to właśnie obóz Holendra ma stać za zwolnieniem Hornera więc to tylko podsyca emocje.
Z garażu Red Bulla przechodzimy na kwalifikacje do wyścigu głównego. Tam znowu Lewis Hamilton i Kimi Antonelli odpadają w Q1. Jeden i drugi zasługuje na porządny reset przed kolejnym Grand Prix. Sauber natomiast utrzymał swój wielki moment i dwa samochody wprowadził do Q2, a Bortoleto sięgnął jeszcze dalej i wszedł do top 10. Ponadto Brazylijczyk w wyścigu głównym zdobył kolejne punkty w tym sezonie. Jeszcze lepiej spisał się zespół Racing Bulls. Po chwilowej zadyszce wracają na dobre tory. Dwóch kierowców zdobyło awans do Q3, a Lawson dojechał w punktach w wyścigu głównym.
W czołowej trójce za to mała niespodzianka. Max Verstappen po błędzie w zakręcie nr 1 stracił trzecią pozycję na rzecz Charlesa Leclerc’a i do wyścigu startował dopiero z czwartego pola. Kwalifikacje wygrał Lando Norris, który znowu oberwał od Nico Rosberga. „Jak Oscar robi błąd to kosztuje go to jedną pozycję, jak Lando to raczej jest to sześć.” Czemu ten Rosberg się tak uwziął? Nie wiem, lecz się domyślam – Lando odrzucił propozycję Niemca, który napisał do niego wiadomość, proponując, że zostanie jego mentorem. Teraz po prostu zamiast Rosberga mówi jego urażone ego.
O samym wyścigu będzie bardzo krótko. Tak jak pisałem we wstępie emocje były podobne jak podczas Grand Prix Monako. Na sam wyścig musieliśmy poczekać aż półtorej godziny, a wszystko to przez deszcz. Najbardziej emocjonujący moment wyścigu – objęcie prowadzenia przez Oscara Piastreigo. Powtórzył ten sam manewr, który wykonał na nim w sobotę Max Verstappen. Holender za to nie miał, jak się wziąć za Leclerc’a. Panowie jak pokazała telemetria jechali przez cały wyścig tempem różniącym się od siebie średnio o 0,001 sekundy. Start był lotny, czyli taki jak przy neutralizacji samochodem bezpieczeństwa. Tu wielu kierowców nie podziela tego zdania uważając, że tor był wystarczająco suchy, żeby przeprowadzić normalny start.
Wróćmy do deszczu. Myślę, że jest to ciekawszy temat i chętniej poruszany niż samo Grand Prix Belgii. Dlaczego tak rzadko widzimy opony z niebieskim paskiem (full wet)? Czy to wina słabych opon, czy może problem tkwi gdzieś indziej? Problem tkwi w obecnych bolidach. Efekt przypowierzchniowy powoduje, że bolid wyrzuca spod siebie olbrzymią strugę wody. Opona tak jakby w tym pomaga, ale w zasadzie przecież takie jest jej zadanie. Opony deszczowe bowiem odprowadzają aż 85 litrów wody na sekundę (na jedną oponę) przy prędkości powyżej 300 km/h. Te liczy pobudzają wyobraźnię. F1 już kiedyś próbowało pozbyć się tego problemu. Dwa lata temu zespoły miały możliwość testowania kilku opcji osłon na koła, które miały zmniejszyć ilość rozpryskiwanej wody. Żadna z nich się nie sprawdziła. Kierowcy dzielą się na dwa obozy. Tych, którzy tylko skupiają się na aspekcie bezpieczeństwa, które jest kluczowe i tych rozczarowanych brakiem mokrego toru. Oczywiście, bezpieczeństwo przede wszystkim, ale jeśli obecnie mokry wyścig to albo jazda po przesychającym torze albo czekania aż wyschnie to jest to żadne widowisko. Na Spa doszedł oczywiście element czarnej historii tego toru. F1 na pewno straci, jeśli problemu nie rozwiąże. Kibice kiedyś słysząc deszcz szykowali się na najlepsze ściganie, równe, twarde i nieprzewidywalne. Dzisiaj szykują herbatkę, kocyk i poduszkę, bo może się okazać, że większość wyścigu będzie za samochodem bezpieczeństwa. Można mieć tylko nadzieję, że kolejne nudne Grand Prix zmotywuje kogoś do przywrócenia rozmów o tym problemie. Każde kolejne może powodować za dużą gorycz w kibicach jak i kierowcach.
Za tydzień Grand Prix Węgier na świeżo wyremontowanym torze. Oscar jedzie umocnić swoje prowadzenie i powspominać pierwsze zwycięstwo w karierze. Lando będzie gonił, a Red Bull cały czas będzie na świeczniku. Być może dowiemy się czy George Russel zostanie w Mercedesie na dłużej. Patrząc na prognozę pogody, ma padać w niedzielę. Sami zdecydujcie czy to dobrze czy też nie.
Kajetan Baranowski
Expert F1