
Grand Prix Singapuru, czyli ciasny tor uliczny, tytuł mistrzowski przypieczętowany przez McLarena oraz Red Bull, który po cichu zaczyna straszyć Norrisa i Piastreigo.
Po prześledzeniu całego weekendu wyścigowego na ulicach Singapuru mam jedno przemyślenie. Moim zdaniem plany nowych regulacji powinny zostać przesunięte przynajmniej o jeszcze jeden sezon. Widać po samych wynikach, że cała stawka wyraźnie się zbiła, a przecież do tego właśnie dążyła F1. Nawet McLaren, który całkowicie zdominował pierwszą połowę sezonu nie jest już tak straszny. Powiedziałbym nawet, że zaliczyli oni mały spadek. W przeciągu trzech ostatnich wyścigów zdecydowanie mogą czuć na plecach oddech Red Bulla i Mercedesa. Jeśli tendencja ta by się utrzymała ta za rok moglibyśmy zobaczyć przynajmniej czterech kierowców walczących ze sobą o tytuł Mistrza Świata. Na razie jednak wracamy do rzeczywistości, w której od następnego roku stawka znowu się nam wymiesza.
W innej rzeczywistości wydaje mi się, że żyje obecny szef Formuły 1 Stefano Domenicali. Włoch ostatnio coraz częściej wypowiada się na temat potencjalnych zmian, które miałby uatrakcyjnić ściganie, a przede wszystkim przyciągnąć młodych kibiców. Ostatnio mówił on, że „Dla młodych kibiców nie ma znaczenia czy wyścig odbędzie się w Monte Carlo czy Las Vegas”. Wydaje mi się, że w ten sposób chce usprawiedliwić decyzję o usunięciu Imoli oraz ustanowienie wyścigów na SPA oraz w Barcelonie torami rotacyjnymi – tory te będą wykorzystywane w kalendarzu F1 na zmianę. Wydaje mi się, że nie jest to kierunek, w którym powinniśmy iść. F1 to sport z 75 letnią historią, której nie można tak po prostu wyrzucić do kosza. Z drugiej strony rozumiem chęci urozmaicania kalendarza i wprowadzania do niego nowych państw. Problem leży też w atrakcyjności ścigania na tych torach, Miami w tym roku niczym nas nie zachwyciło, Las Vegas też jest raczej torem, który ładnie wygląda w portfolio. Być może należy zmienić podejście i zamiast pozbywać się klasyków to wprowadzajmy rotacyjnie potencjalnych kandydatów i sprawdźmy czy się „przyjmie”.
Zostawiamy już sprawy około wyścigowe i wracamy na ulice Singapuru. Tor ciasny i mocno techniczny. Chwila nieuwagi i kierowca kończy swój udział w danej sesji. W kwalifikacjach jest to szczególnie ważne, bo potem ciężko jest wyprzedzić, nawet jeśli ma się przewagę tempa nad swoim rywalem. Po Grand Prix Azerbejdżanu pisałem o Russelu, który jest wręcz niewidocznym bohaterem sezon. W Singapurze zobaczyliśmy go za to w pełnej okazałości. Był po prostu bezbłędny. W Q3 dwa razy pobijał rekord toru i ani Max Verstappen ani oba McLareny nie byli w stanie się do niego zbliżyć. Tutaj pewnie nie zgodziłby się Verstappen, który po kwalifikacjach był bardzo niezadowolony z postawy Lando Norrisa. Na drugim przejeździe Holender jechał jako ostatni i w trzecim sektorze natknął się na bardzo wolno jadącego Lando. Nie był to przypadek wstrzymywania, za który Brytyjczyk dostałby karę, ale
z pewnością wiedział co robi i nie było w tym przypadku. Brudne powietrze, które za sobą pozostawiał zdecydowanie wpływa na stabilność bolidu. Ponadto sam fakt mocne zwolnienia tempa może wybić innego kierowcę z koncentracji. Max w swoim stylu powiedział, że wydarzenie zanotował i jeszcze się mu odwdzięczy. Naprawdę nie wiem czy na miejscu Norrisa, Max jako wróg to jest coś co chciałbym mieć z tyłu głowy w walce o tytuł.
Przechodzimy do wyścigu głównego. Tym razem miało być „pomarańczowo” i bez wpadek. Cel zrealizowany w połowie, McLaren przypieczętował tytuł Mistrzowski wśród konstruktorów. Tu faktycznie była to tylko formalność, a sprawę ułatwiły w miarę dobre pozycje startowe obu kierowców. Lando startował piąty, a Piastri trzeci. Wiadomo było, że na takim torze start jest kluczowy i bez innych wydarzeń niemal gwarantuje utrzymanie pozycji do końca wyścigu. Nie można też być pochopnym w swoich manewrach, żeby nie uszkodzić bolidu bądź nie wjechać w kierowcę obok. Lando postawił wszystko na jedną kartę. Zaliczył dobry start i bez problemu wyprzedził Antonellego. Potem zabrał się za Oscara i tu nastąpił kontakt zarówno z zespołowym kolegą jak i Verstappenem przed nim. Kluczowe jednak jest tutaj to obtarcie Oscara. To właśnie ta „wpadka”, o której wcześniej mówiłem. Moim zdaniem Norris nie zrobił nic złego i było to po prostu mocne i dobre ściganie. Przecież tego właśnie chcieliśmy w walce o tytuł. Problem zaczyna się w momencie, w którym przypomnimy sobie o istnieniu „papaya rules” – zasad ścigania wewnątrz McLarena. Zawsze powtarzane było ścigacie się tak żeby nie zaszkodzić koledze z zespołu. Ma być czysto. Nie było. Rozumiem więc też frustracje Piastriego, który może czuć się pokrzywdzony. On nie sprowokował nigdy kontaktu z Norrisem. Niemniej jednak to jest ostre ściganie, a Oscar po tym manewrze tak jakby się wyłączył. Zero walki i duża starta do Norrisa, który jechał z uszkodzonym przednim skrzydłem. Wisienką na torcie było odłączenie radia w momencie, w którym Zak Brown dziękował mu za wkład w zdobycie tytułu konstruktorów. Później pojawiły się jeszcze zdjęcia Oscara, który nie wziął udziału w celebracji zdobytego tytułu na podium. Tu oczywiście też powstał szereg teorii spiskowych. Oscar po prostu był w media penie w którym musiał obyć kilka wywiadów. Nic więcej nic mniej, bez sensacji.
Zostawiamy McLarena, który zdecydowanie był najciekawszą częścią tego wyścigu. Z przodu George Russel po prostu kontrolował tempo. Miał też ułatwienie w postaci Maxa, który oprócz walki z Norrisem musiał walczyć z bolidem, szczególnie z redukcją biegów. Kilka razy Max zbliżał się do Russela, ale wtedy pojawiały się błędy, raz mogło się skończyć czołowym zderzeniem z barierką. Problemy te wynikały prawdopodobnie ze złych ustawień. Przez dużą ilość czerwonych flag w treningach było mało czasu na przetestowanie ustawień do długich przejazdów. Drugie miejsce to i tak dużo więcej niż można było się spodziewać na tym torze. Ostatnio Verstappen i ulice Singapuru to kiepskie połączenie. Panowie do mety dojechali w kolejności Russel, Verstappen, Norris. Georgowi to zwycięstwo powinno również pomóc w negocjacjach kontraktowych z Toto
Wolffem. Od jakiegoś czasu ten temat stoi w miejscu. Obaj chcą zupełnie czego innego. George oczekuje długiego kontraktu, który zapewni mu stabilne miejsce w stawce na kilka lat. Toto zaś chce podpisać klasyczne 1+1 i gdy pojawi się szansa ruszyć po Maxa Verstappena.
Wyścig umilał nam także Fernando Alonso i jego wypowiedzi przez radio. Hiszpan rozgoryczony strategią i wolnym pit stopem groził inżynierowi, że odłączy radio jak jeszcze raz się do niego odezwie. Tu widać jednak, że złość pomogła. Fernando zaliczył bardzo dobry wyścig, choć jeszcze na jego końcu mógł trochę ponarzekać. Na ostatnim okrążeniu gonił Lewisa Hamiltona z przegrzanymi hamulcami. Nie udało mu się go wyprzedzić, a najbardziej rozzłościł go fakt notorycznie naruszanych przez Brytyjczyka limitów toru. Lewis po prostu nie mógł zapanować nad samochodem, ale zasady to zasady i zostało mu naliczone 5 sekund kary. Myślę, że to zdecydowanie poprawiło humor Fernando, który raczej za Lewisem nie przepada.
Na uwagę zasługuje również Carlos Sainz, który po dyskwalifikacji startował dopiero z 18 pola startowego. Sainz pojechał spokojnie i konsekwentnie, bardzo dobrze zarządzając oponami. Pozwoliło mu to na wspięcie się na 10 miejsce i zgarnięcie jednego punktu. Widać, że Carlos po przeciętnym stracie sezonu w końcu czuje ten bolid i dorównuje formą zespołowemu koledze, Albonowi.
Na koniec warto przyjrzeć się bliżej punktacji w walce o Mistrzostwo Świata wśród kierowców. Max delikatnie się zbliżył do dwóch kierowców Mclarena. Nadal jest to bardzo duża strata, ale nie jest niemożliwa do odrobienia. Żeby sięgnąć po tytuł Holender musiałby wygrać każdy kolejny wyścig i sprint oraz liczyć na wpadki rywali. Wpadki, które przecież już się zdarzały. Oscar jest rozgoryczony postawą zespołu, Norris jak to Norris wypalił kilka razy w mediach co sądzi o sytuacji na torze. Wydaje mi się, że zdobycie tytułu konstruktorów może dać więcej swobody kierowcom. Odejdzie element „dobra zespołu” i pracowania na wspólny sukces. Myślę, że „papaya rules” mimo tego co będą mówić w McLarenie zostało przez ich kierowców wyrzucone do lamusa. Od teraz zobaczymy zdecydowanie twardsze ściganie. Panowie nie mogą tylko zapomnieć o tym, że Max jest z tyłu i na początku różnica będzie wydawać się bezpieczna aż w którymś momencie może zrobić się niebezpiecznie.
Przed nami dwa tygodnie przerwy, będzie czas na świętowanie tytułu oraz na poukładanie spraw wewnątrz zespołu. Następny wyścig odbędzie się w Teksasie, na torze Circuit of the Americas. Jest to jeden z lepszych i ciekawiej zaprojektowanych torów w całym kalendarzu F1. Ścigania za dwa tygodnie będzie jeszcze więcej, bo jest to weekend sprinterski.
Kajetan Baranowski
Expert F1