Zamknij Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.

„Wojna o lewoskręt”

Jak wilk swoich młodych, chociaż może bardziej jak nosorożec, walczyłem o możliwość skrętu. Skrętu, nie skręta. Mniejsza o to, jaki to skręt i gdzie był, ale go zakazali. Dla ciekawskich, w lewo. Wydaje mi się, że już o tym pisałem, a wydaje mi się dlatego, że w tej sprawie pism do urzędu i postów na portalach napisałem wiele i trochę mi się myli. Szczęście w urzędniczym nieszczęściu, zakaz postawiono przed wyborami, a wtedy nacisk na urzędników jest bardziej bolesny, przez to skuteczny. Stworzyłem, chociaż sprawiedliwie muszę powiedzieć nie solo, bo takich, których zakaz skrętu uwierał, było więcej, piramidę nacisku. Naciskałem na ówczesnego – obecnego także – prezydenta Wrocławia, Jacka Sutryka, że albo przywróci możliwość skrętu, albo nie zagłosuję na niego w drugiej turze. Widocznie wraz ze sztabem wyborczym przeanalizowali, że mój głos może być kluczowy i zdecydowali się zakaz zlikwidować. Oczywiście, jak to w polityce, nie dlatego, że postawiliśmy go idiotycznie i popełniliśmy błąd, co to to nie. Dlatego, że zakaz był fantastyczny i powstające dzięki niemu utrudnienia były równie fantastyczne, a prowadzone analizy potwierdzały jego skuteczność! Skuteczność, czyli co? Jednak z uwagi na to, że 99% kierowców zakaz ignorowało, postanowiliśmy go zlikwidować.

Tylko miało nie być o skręcie, a o nieroztropności władz samorządowych, które po przegranej sromotnie bitwie o lewoskręt, znanej jako: „Bitwa o lewoskręt”, nie wyciągnęli odpowiednich wniosków i dalej postanowili ze mną wojować. Sprawa także z podłożem motoryzacyjnym i to jeszcze jakim. Znajdą coś dla siebie entuzjaści elektromobilności, nowoczesnych technologii, car sharingu, a także zabytkowej motoryzacji, a przynajmniej youngtimerów.

Mam w mieście jedno z ulubionych miejsc na zakupy, Hala Targowa. Zbudowana w 1908 roku była jednym z najnowocześniejszych obiektów żelbetowych na świecie – tak, żelbetowych. Gdybym był warszawiakiem, powinienem powiedzieć, że jest na Nankiera, jedziesz normalnie od Grunwaldu i Frycza Modrzewskiego bądź Kraińskiego, albo jeżeli od uniwerku do Świętego Ducha. Tak, drodzy warszawiacy, każdy zna dokładny plan Warszawy, to Wy poznajcie Wrocław. Ważne jest to, że obojętne, od której strony przy hali mamy parking. Przyjechałem Władkiem, imię po dziadku, czyli baleronem, czyli Mercedesem W124 3.0 12V. To ten wątek dla entuzjastów youngtimerów. Samochód przewspaniały i w swojej wspaniałości kompletny, ale w tej historii pełniący rolę drugoplanową. Dodać należy, że mój w połowie i to nieformalnej połowie, ponieważ współdzielę go z bratem (wątek car sharingu) ale w dowodzie figuruje on. Przyjechałem, zaparkowałem, a że to ścisłe centrum miasta, to parking całodobowo płatny. Od razu poszedłem do parkometru, który jest tyleż nowoczesny, co niedziałający (wątek dla wielbicieli nowoczesnych technologii). Wszystko w nim działa, poza wyświetlaczem, który działał częściowo. Kilka prób, nie udało się, to poszedłem do kolejnego. Tam wszystko się udało. Musicie przyznać, że opowieść nie mrozi krwi w żyłach. Włożyłem bilecik za szybę, a przed pasami prowadzącymi do hali przepuścił mnie parkingowy, który siedział za kierownicą wyposażonego w skanujące kamery Nissana Leafa (wątek dla elektroentuzjastów). Kropki połączyłem dopiero, kiedy jakieś dwa tygodnie później mój brat wysłał do mnie zdjęcie mandatu z informacją: – To chyba twój! Tak, był mój, ponieważ system zeskanował tablice rejestracyjne minutę wcześniej, zanim opłaciłem w drugim parkometrze bilet. Biletu już nie miałem, ale płaciłem kartą i dowód zapłaty został. Sami tego chcieli, jeszcze nie opadł kurz po bitwie o lewoskręt a już musiałem wrócić do wojaczki. Zacząłem słać pisma, wyciągi, byłem w trybie ataku. Miesiąc po tym incydencie sytuacja się powtórzyła. Przyjechałem, zaparkowałem. Tym razem rozglądałem się, czy gdzieś nie czai się zeroemisyjny Nissan powożony przez bezwzględnego parkingowego. Biegiem ruszyłem do parkometru, cała operacja zajęła mi tyle, co zmiana kół w F1. Niestety, znowu byłem zbyt wolny! Tym razem odprowadziłem wzrokiem odjeżdżającego Nissana i schowałem bilecik do portfela, słusznie zakładając, że może być dowodem rzeczowym. Uprzedziłem brata, który tym razem dwa tygodnie później już bez słowa komentarza wysłał mi zdjęcie mandatu. Nie rozpatrzyli jeszcze mojego pierwszego odwołania, a już zarzuciłem ich drugim. To jeszcze nie koniec, bo dziś jest piątek i wybieram się na zakupy do Hali Targowej.

Tomasz Siwiński

Przeczytaj również
Popularne