Zamknij Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.

Podróż do Horstmar

Pamiętam jak w poprzedniej redakcji, a było to na początku wieku, a nawet tysiąclecia, dostałem zadanie, aby pojechać na prezentację wyników finansowych grupy Schmitz Cargobull, jednego z wiodących producentów naczep. Chyba każdy kojarzy logotyp ze słonikiem. Normalne zadanie dziennikarskie. Jedziesz, słuchasz, pytasz, robisz zdjęcia, piszesz. Nic specjalnie skomplikowanego. Tylko prezentacja była w siedzibie firmy, w niemieckim mieście leżącym przy granicy z Holandią – Horstmar. Obecnie, uwzględniając lepiej rozwiniętą sieć autostrad po wschodniej stronie Odry, to lekko ponad 800 km. Dużo to i mało powiedzą ci, którzy co roku wypoczywają na chorwackim wybrzeżu. Teraz także nie wydaje się to wyczynem. Nawet nie musiałbym ustawiać nawigacji w samochodzie, bo mógłbym to zrobić wcześniej z poziomu smartfonu, zaplanować nawet postoje na tankowanie (tak, wciąż spalinówką). Jednak wtedy, ponad dwie dekady temu, nie było to takie proste. Nie miałem nawet samochodu, a więc z redakcji wziąłem samochód poolowy – Daewoo Nubirę. Nie miałem także nawigacji. Mało tego, nawet nie miałem klasycznej mapy. Dlatego wszystko wydrukowałem sobie wcześniej. Dokładny plan podróży z opisem, co zrobić na którym kilometrze. Wsiedliśmy z kolegą do auta i achoj, przygodo. Jeden z nas, niczym rajdowy pilot, skupiał się na dyktowaniu trasy, chociaż z mniejszą niż w rajdówce częstotliwością, bo zdarzały się odcinki po niemal 100 km, na których nie działo się nic. Nubira nie podawała zasięgu, jaki jeszcze można pokonać, a więc z uwagą obserwowaliśmy wskaźnik poziomu paliwa. Kiedy zbliżał się do rezerwy, zjeżdżaliśmy tankować, na kartkach odnotowywaliśmy, w którym punkcie trasy się znajdujemy, braliśmy paragon, płaciliśmy pieniędzmi z zaliczki i w drogę.

Pewnie spodziewacie się jakiegoś przełomowego zdarzenia, że nagle zamiast w Horstmar pojawiliśmy się w Hallstavik (Szwecja). Otóż muszę Was, drodzy czytelnicy, srodze rozczarować; po niespełna 10 godzinach, czyli tak jak zakładaliśmy, egzotyczna dla autochtonów Nubira zaparkowała w siedzibie firmy. Zrobiliśmy swoją robotę, a następnego dnia wyjęliśmy nawigacyjny zestaw kartek powrotnych i powtarzając wszelkie czynności wróciliśmy do Wrocławia. Ot cała historia, która może się wydawać, i zapewne taka jest, banalna. Przypomniałem sobie o niej kilka dni temu, jadąc w delegację, kiedy samochód poinformował mnie piszczeniem, że zbliżam się do przeszkody, a był nią zestaw ciągnik siodłowy plus naczepa – ze słonikiem w logo. Nie była to sytuacja krytyczna, ale samochód uznał inaczej.
Współczesne systemy, samochody i postęp technologiczny zmieniły wszystko. Jadąc w delegację, dane nawigacyjne mam wyświetlane na ekranie samochodu online, kiedy tylko coś się zmienia i kosmiczno-telematyczne bóstwa uznają za stosowne, przekalkulowują mi trasę, proponując szybszą, efektywniejszą i w ogóle bardziej. Samochód bezustannie, niczym gadatliwa przekupa, postanawia za pomocą dźwięków i obrazów informować mnie o wszystkim: O tym, że pasy pasażera nie są zapięte, mimo że na fotelu leży tylko plecak. O tym, że mam już tylko 80 km zasięgu, że kończy się płyn do spryskiwaczy, że do przeglądu olejowego zostało mniej niż 5 tysięcy kilometrów, że nie jadę środkiem drogi, że oznaczenia pokazują 110 km/h, że powinienem się napić kawy, że powinienem rozprostować nogi, patrzeć w wyznaczony punkt, trzymać obie ręce na kierownicy. Automatyczna skrzynia zmienia mi biegi, a samochód sam hamuje, bo wie lepiej niż ja, że tego właśnie chcemy. Trener jazdy za pomocą komunikatów krzyczy na mnie, że powinienem częściej jechać na tempomacie, bo z możliwych 100 pkt mam dwa. Nawet kiedy otworzę szybę, pojawia się pytanie, a w zasadzie reprymenda obarczająca mnie poczuciem winy; czy wiem, że właśnie zwiększam współczynnik oporu powietrza, ergo zwiększam spalanie o 0,3 litra na 100 km, ergo zabijam planetę. W tym czasie nawigacja wypluwa mi listę preferowanych stacji z najtańszym paliwem, na których mogę zapłacić kartą paliwową.

Dojeżdżam na miejsce, o czym wiem doskonale, bo nawigacja pokazuje i krzyczy, że jestem na miejscu. Trener jazdy mniej zadowolony, bo do 100 pkt jednak trochę zabrakło, ale spokojnie, jest jeszcze droga powrotna, na pewno mi przypomni o tym, co powinienem i muszę. Wszystko jest niby super, bo komfortowo, szybko, bezpiecznie i bezgotówkowo, tylko czemu na myśl o drodze powrotnej z takim utęsknieniem wspominam podróż do Horstmar, kartki z nawigacją i Daewoo Nubirę? Może właśnie dlatego, że nie była to delegacja, tylko podróż.

Tomasz Siwiński

Przeczytaj również
Popularne