Zamknij Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.
AUTO PAY

Lubię ludzi

Tym razem nie o rynku motoryzacyjnym, ale przede wszystkim pasjach, inspirujących podróżach i po prostu o życiu rozmawiamy z Jakubem Farysiem, prezesem Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, przewodniczącym Liaison Committee – ACEA.

Przemysław Dobrosławski: Gdybym miał obcej cywilizacji pokazać w najprostszy możliwy sposób, czym jest optymizm, pokazałbym mu Twoje zdjęcie. Skąd bierzesz takie pokłady pogody ducha?

Jakub Faryś:
Mam przyjaciela, który twierdzi, że jestem pesymistą. Ja jednak zawsze mówię, że jestem optymistą z doświadczeniem. Ale faktem jest, że w przyszłość patrzę jednak optymistycznie.

Miewasz zapewne takie dni, kiedy myślisz, że to wszystko nie ma sensu i dzisiaj to naprawdę „mi się nie chce”?
Jak każdy mam lepsze i gorsze dni. Raz zapał jest mniejszy, raz większy, są momenty pełne sukcesów lub ich braku. To jest wpisane w nasze życie. Albo się skupimy na nieszczęściu, jakie nas otacza, no i wtedy wszystko wyda się pozbawione sensu, albo przyjmiemy do wiadomości zastaną rzeczywistość – to, że w życiu raz jest lepiej, raz gorzej. Z tą rzeczywistością trzeba się zmierzyć. I wtedy albo można dojść do wniosku, że coś nie ma sensu i po prostu odpuścić, albo iść do przodu.Warto też pamiętać, że nigdzie nie jest powiedziane, że człowiek ma monopol na wiedzę, i że to, co ocenia, jest rzeczywiście trudne.

Lubię ludzi i cieszę się, że na swojej zawodowej drodze życia zdecydowana większość osób, jakie spotykam, daje się lubić. To pewnie też kwestia przyciągania takich ludzi. Jeśli jesteś jakiś i masz określoną osobowość, to zwykle trafiasz na ludzi, którzy chcą właśnie z takim tobą mieć kontakt. I to wcale nie muszą być osoby podobne, bo na przykład wyobrażam sobie, że ekstrawertyk może ciągnąć do introwertyka i odwrotnie. To kwestia pewnej chemii.

O tematach motoryzacyjnych łatwiej Ci się rozmawia z decydentami na gruncie europejskim czy polskim?
Gdy rozmawiamy o tematach polskich z Polakiem lub kimś, kto spędził tu wiele lat, to on w lot wyłapuje pewne niuanse i są one dla niego oczywiste. Istnieją pewne różnice kulturowe, wynikające z bardzo różnej drogi rozwoju poszczególnych państw, jakie ludziom z zewnątrz nie tak łatwo zrozumieć. Osoby, które nie znają Polski i naszej rzeczywistości, patrzą na nas przez pryzmat, po pierwsze, swoich wyobrażeń o Polsce, a po drugie, przez kalkę mniej lub bardziej prawdziwych informacji, jakie do nich docierają.

Na Polskę można patrzeć w dwóch wymiarach. Można mieć o niej wyobrażenie jako o miejscu do życia i państwie zakorzenionym w Europie lub patrzeć przez pryzmat polityczny. W pierwszym przypadku do Europejczyków dociera wiele informacji i sygnałów, że Polska jest krajem europejskim w rozumieniu naprawdę wielu obszarów życia. Ale Polacy, moim zdaniem, mają ciągle lekcję do odrobienia. Musimy jeszcze bardziej pokazać Europejczykom, jak gigantyczną pracę tu wykonano i jak wielka dokonała się zmiana, okupiona wysiłkiem milionów ludzi, w ostatnich trzydziestu latach.

Drugi wymiar to spojrzenie przez pryzmat polityczny. Tu niewątpliwie ma znaczenie, jak oceniana jest na poziomie europejskim ekipa sprawująca władzę w Polsce w danym momencie. I wracając do pytania, mam wrażenie, że poza nielicznymi wyjątkami, na przykład w Komisji Europejskiej, panuje dość duży pragmatyzm i chęć rozmowy. Unia Europejska jako twór polityczny jest pod nieustającą presją znalezienia kompromisu w wielu obszarach, więc dialog jest wpisany w jej istnienie.

Gdybyś mógł jednoosobowo decydować o tym, jakie regulacje dotyczące rynku motoryzacyjnego zostaną wprowadzone w Unii Europejskiej, to co – trzy rzeczy – zmieniasz w pierwszej kolejności?
Boję się myśli, że mógłbym mieć aż taką władzę... To ryzykowne podejście, bo jednoosobowa nieomylność może być niebezpieczna. Może więc wskażę to, do czego powinniśmy dążyć. Moim zdaniem decyzje powinny być przede wszystkim wynikiem odpowiedzi na pytanie: dokąd zmierzamy. A – między innymi – oczekujemy swobodnego przemieszczania się osób i dóbr. Po pierwsze więc bardzo chciałbym, abyśmy zgodzili się na kompromis, w tym środowiskowy, między naszymi oczekiwaniami w kontekście transportu osób i towarów a możliwościami. Cenne byłoby to połączyć w mądry sposób – efektywny, przyjazny i z poszanowaniem dla środowiska. Druga rzecz to dążenie do neutralności technologicznej, rozumianej jako dostarczenie ludziom środków transportu z napędami dostosowanymi do ich potrzeb i oczekiwań. Trzecia – ale to już z obszaru, obawiam się niespełnialnych marzeń: chciałbym, aby zostało zadekretowane, że – siedząc za kierownicą – zachowujemy się tak bardzo mądrze i przewidywalnie jak to tylko możliwe, co pozwoliłoby ocalić mnóstwo istnień ludzkich.

W swoich wykładach nie raz wspominałeś, że nadchodzi rewolucja w motoryzacji. Na czym ona w Twoim rozumieniu polega?
Jesteśmy jeszcze na początku rewolucji, ale ona przyśpiesza. Kiedy zaczynałem swoją przygodę motoryzacyjną, to samochód był stosunkowo mało skomplikowanym urządzeniem, które dawało się naprawić we własnym zakresie, na podwórku. Dziś mamy zupełnie inną rzeczywistość, a za piętnaście–dwadzieścia lat będzie znów kompletnie inna. Tak spektakularnej zmiany nie doświadczyło jak dotąd żadne z pokoleń. Przez ostatnie sto lat zmiany w motoryzacji następowały względnie powoli, a koncepcja pojazdów była dość podobna. Rewolucją jest przechodzenie na napęd elektryczny. Samochód będzie napędzany prądem, jaki może pochodzić z gniazdka lub wytworzony będzie na pokładzie. To wydaje się właściwie przesądzone. Oczywiście zajmie to sporo czasu i taka rewolucja w różnych miejscach na świecie będzie wyglądała inaczej, no i w najbliższych dwudziestu latach prawdopodobnie nie obejmie wszystkich samochodów.

Gdybyś mógł wybierać, jakie trzy klasyczne samochody chciałbyś mieć w swoim garażu?
Na pewno Saaba 900 pierwszej generacji, ale z ostatniego okresu produkcyjnego, do 1993 roku. Mam do tego modelu stosunek emocjonalny, bo jeździłem takim samochodem i uważam, że ma wielki urok. Na mojej liście są też dwa samochody, które uważam za najpiękniejsze, jakie pojawiły się w „demoludach”, czyli Syrena Sport i Wartburg 313. Z bardziej dostępnych modeli cenię sobie Ładę 1500, za której kierownicą po raz pierwszy po uzyskaniu prawa jazdy legalnie zasiadłem. Oprócz tego na liście marzeń znalazłoby się kilka innych aut z lat sześćdziesiątych, w tym klasyczne sportowe legendy rajdów, ale też nobliwe coupé.

Czy współczesne samochody mają według Ciebie duszę?
Gdy mówimy o duszy, działa mechanizm pewnej nostalgii. Ludzie lubią wspominać, jak to było dawniej i koloryzować sobie te wspomnienia. Częściej wspomina się rzeczy miłe niż te złe. I dotyczy to również samochodów. Rzeczywiście, ocena aut sprzed lat jako tych, które mają duszę, jest łatwiejsza. Samochody tworzone do lat siedemdziesiątych projektowano inaczej niż dziś. Były tworzone przez inżynierów, często pełnych pasji, jak też artystów, tworzących nadwozia i wnętrza. Samochody więc wyraźnie się różniły, nie przejmowano się przy konstruowaniu takimi aspektami, jak współczynnik oporu powietrza czy technologia napraw i wymiany części. Samochody były pełne smaczków, jakie dziś, między innymi ze względów bezpieczeństwa, nie miałyby szans być wprowadzone w modelach produkcyjnych.

Obecnie buduje się pojazdy w zupełnie odmienny sposób. Inna jest skala produkcji, koszty opracowania, proces przygotowania, specjalizacja i poziom współpracy. Ale też inny jest poziom wymagań technicznych i oczekiwań klientów. Tego zupełnie nie da się porównać. Samochody stają się podobne między innymi ze względu na postępującą współpracę między markami i koncernami, które budują wspólnie modele w celu obniżenia kosztów. Poza tym pewne wartości zadane dla nowych samochodów, na przykład w aspekcie bezpieczeństwa czy ekologii, muszą być identyczne dla wszystkich. Trudno zatem, by wynik w postaci nowego modelu był drastycznie różny od tego, co opracował konkurent.

A jakie są Twoje pasje poza motoryzacją?
Podobno jednym z pierwszych słów, jakie wypowiedziałem, było „auto”, a nie „tata” lub „mama” (śmiech), więc motoryzacja była pierwsza. Mój ojciec był człowiekiem bardzo mocno z nią związanym, więc ja naturalnie w to wszedłem. Samochody lubiłem „od zawsze”, ale fascynują i ciekawią mnie też rzeczy, które mają tę techniczną duszę, o której rozmawialiśmy. Mam szacunek do technicznych wytworów ludzkiej wyobraźni, intelektu i talentu, takich jak na przykład wiadukty, ale też młyny czy elektrownie wodne. Mówiąc generalnie: wszelkie ciekawe rozwiązania techniczne, które nazwałbym dziedzictwem kultury technicznej. Mam też wielki szacunek do wyobraźni i umiejętności zaprojektowania i policzenia tych konstrukcji przez inżynierów, którzy przecież nie mieli do dyspozycji komputerów. Taką osobowością był między innymi Tadeusz Tański, twórca przedwojennych samochodów CWS. Ze wspomnień wynika, że potrafił narysować skrzynię biegów bez wyliczeń. A gdy następnie jego współpracownicy robili rysunki techniczne, to się okazywało, że szkice pokrywają się z wymiarowaniem. Tański w ogóle miał ciekawe podejście do maszyn. Mówił na przykład, że ona musi być piękna, bo jak jest piękna, to będzie dobrze pracować. Dziś wiele z tych urządzeń sprzed kilkudziesięciu lat wydaje się z punktu widzenia użytkowego mało praktyczne. W końcu klasyczny zegarek z mechanicznym naciągiem pokazuje nam tylko godzinę, a nie dziesiątki informacji, jak smart-watche. Ale czy jest przez to czymś gorszym? Nie, a myślę, że chyba piękniejszym.

Bardzo lubię też zgłębiać historię ostatnich stu lat naszej części Europy. Uważam za bardzo ważne, aby ją znać, ale jej nie rozpamiętywać. Na bazie wiedzy o tym, co się zdarzyło, starajmy się wszystkimi siłami budować lepszą przyszłość dla naszych dzieci i wnuków.

Prawie równolegle z motoryzacyjną rozwinęła się moja pasja do muzyki, dobrego brzmienia i sprzętu grającego. Zacząłem wcześnie, bo pierwsze głośniki z samodzielnie policzoną zwrotnicą zrobiłem w drugiej klasie szkoły podstawowej. Ktoś powiedział, że nie ma złej muzyki – jest tylko źle zagrana. Tak więc cenię sobie różnorodną muzykę, ale w szczególności rock z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i początku osiemdziesiątych. Choć cały czas wynajduję nowe perełki, zdecydowanie numerem jeden pozostaje Pink Floyd. Mam wiele ich utworów w różnych wersjach i czasem słyszę od domowników, że ciągle słucham tego samego, a to po prostu jest siódma czy dziesiąta wersja koncertowa, oczywiście różna od pozostałych. (śmiech)

Nie lubię gromadzenia przedmiotów, jednak trzy rzeczy kolekcjonuję. To książki, płyty (chociaż ostatnio również słucham w streamingu) i modele redukcyjne. W tym ostatnim przypadku dotyczy to w szczególności pojazdów z dawnego bloku wschodniego.

Masz opinię osoby, która znajdzie w swojej szafie marynarkę na każdą okazję. Kto Ci wybiera garnitury i czy masz też dres?
Mam dres, bo na rowerze trudniej jechać w garniturze (śmiech). Istotnie, bardzo dobrze czuję się w garniturach i mam ich dużo, a zaczęło się to bardzo śmiesznie. W liceum, w latach siedemdziesiątych, rozmawialiśmy podczas imprezy o garniturach i ktoś rzucił pomysł, żebym pojawił się na lekcjach w marynarce. Koledzy nie wierzyli, że to zrobię, więc się założyliśmy i następnego dnia przyszedłem do szkoły tak ubrany. I już mi zostało… Doszło do tego, że w klasie maturalnej, jak ktoś potrzebował mnie znaleźć, to nie miał problemu. Wyróżniałem się właśnie marynarką. Jak wspomniałem, bardzo dobrze się w nich czuję i nawet w czasach koronawirusa, gdy w biurze nie ma nikogo, też noszę garnitur, by zachować ten zwyczaj i standard ubioru. A ubrania wybieram sam, ale miło, kiedy żona zaakceptuje.

Jakie rodzaje podróży lubisz?
Przede wszystkim cenię sobie wakacje i podróże w ruchu, a w swoich planach wyjazdowych unikam korzystania z ośrodków turystycznych i turystyki rozumianej masowo. Marzy nam się z żoną przejazd przez kraje środkowo-wschodniej Europy, czyli Słowację, Węgry, Rumunię, Serbię, Chorwację, Słowenię, Czechy i Austrię. Możliwe, że tę chęć zaczepił we mnie Robert Makłowicz, którego programów jestem wielkim fanem i który fantastycznie opowiada między innymi o kulinarnych walorach tej części Europy. Jedzenie w ogóle jest ważną częścią kultury i dlatego najbardziej cenię sobie to daleko odmienne od tego, jakie dostaniemy w standardowym cztero- i pięciogwiazdkowym hotelu. Moja najsympatyczniejsza przygoda kulinarna w życiu miała miejsce w Portugalii, w dzielnicy portowej tuż przy ujściu rzeki Douro. W dość obskurnym miejscu był wystawiony wielki grill ze świeżo przygotowywanymi rybami. Kosztowały one grosze, a smakowały wybornie. Chyba nigdy tak przepysznych nie jadłem…

Druga trasa, jaką bym obrał, to czesko-niemiecko-austriacki szlak wina w czasie jesiennych zbiorów. Trzeci pomysł – przepłynięcie kanałów Europy barką.

Dodam, że dość dokładnie zwiedziliśmy z dziećmi Polskę. Pokazaliśmy im miejsca nieoczywiste – były na przykład pałace, ale też bunkry. Wyszliśmy z założenia, że jak będą dorosłe, to będą mogły swobodnie zwiedzać świat. Nie byliśmy jednak do końca przekonani, czy wtedy będą miały chęć poznać te miejsca w Polsce, o jakich nie piszą przewodniki, więc je tam woziliśmy.

Wyobrażasz sobie czasami pierwszy dzień swojej emerytury? Wstajesz w poniedziałek i co robisz?
To jeszcze kilka lat, ale spróbujmy... Spoglądam na dwanaście metrów bieżących książek, jakie stoją na półce i czekają na przeczytanie, a następnie zabieram się do lektury. To są bardzo różne książki. Oczywiście teraz, choć mam mało czasu, też tam sięgam. Ostatnio na przykład na nowo odkryłem Cypriana Kamila Norwida. A poza tym na emeryturze z pewnością znajdę sobie jakieś motoryzacyjne zajęcie.

 

Dziękujemy za rozmowę.

Przeczytaj również
Popularne