Zamknij Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.
Total

Wspólne, znaczy niczyje

Wspólne, znaczy niczyje

Nie mogę o sobie powiedzieć, że jestem dzieckiem wychowanym w głębokim komunizmie i nie o wychowanie tu chodzi, a właśnie o rzeczony komunizm. Można powiedzieć, że pacholęcą świadomość uzyskałem u jego schyłku, ponieważ mój PESEL (pytanie, co na to RODO) zaczyna się cyframi 78.

Pamiętam jeszcze stacje CPN, Rafinerii Gdańskiej mniej, bo na południu kraju było ich niewiele. Pamiętam, kiedy znienacka byłem brany przez moją babcię na ręce, a ta przedzierała się na początek kolejki z okrzykiem: przepraszam, z dzieckiem jestem! Nie mam do niej żalu o tak przedmiotowe traktowanie, bo w efekcie na końcu tej kolejki z reguły znajdowało się coś, co mogłem zjeść, założyć na siebie, ewentualnie coś, co babcia mogła wymienić na coś do jedzenia. Najczęściej były to… bele materiału. Dla kogoś bez krawieckiego fachu w ręku waluta cokolwiek wątpliwej wartości, ale że babcia krawcową była wybitną, to w tej beli widziała Humanę, twaróg półtłusty, podwawelską, łopatkę z kością czy nawet czekoladę i kawę.

Kiedy już noszenie mnie więcej szkody babcinym plecom niż pożytku z uprzywilejowanej kolejki przynosiło, sam zacząłem uczyć się biznesu. Dostawałem pieniądze do jednej kieszeni, jakieś dziwne kartki do drugiej, a do trzeciej – bo miałem ogrodniczki i trzecią kieszeń – wkładałem listę z zakupami i szedłem w wielki, pachnący octem, świat delikatesów Społem.

Po jednej z takich wizyt po raz pierwszy doświadczyłem zjawiska car sharingu, a konkretniej bike sharingu, czyli współdzielenia roweru. Jeszcze co prawda bez aplikacji, ktoś postanowił współdzielić moje piękne, czerwone Wigry 3.

Szczęście (moje) w nieszczęściu (tego, który rower pożyczył) ojciec z wujkiem rower namierzyli.

Te czasy to okres nie tylko kolejek, czarno-białej telewizji o dwóch kanałach i handlu wymiennego, to także okres, kiedy wiele rzeczy było wspólnych. Wspólnych, znaczy niczyich. To spuścizna po czasach komunizmu. Nie ma się więc czemu dziwić, że ludzie po okresie, kiedy wszystko należało do wszystkich, tak bardzo zapragnęli mieć wszystko, ale na własność. Rozpoczął się okres dzikiego kapitalizmu, gdzie mieć, znaczyło być. Minęła wielka powódź w 1997, Wielki Kryzys w 2008 i pojawił się car sharing, wspólne, tym razem naprawdę, rowery oraz hulajnogi.

Tak oto ciemiężony przez lata nadwiślański kraj zatoczył pętlę i wszedł w fazę dobrobytu schyłku drugiej dekady XXI w. Teraz wypada mieć ulubioną kafejkę gluten free, własnego barbera i bombilę; natomiast nie wypada mieć planów na przyszłość, butów z prawdziwej skóry i samochodu na własność.

Jeżeli nie mamy samochodu, roweru czy hulajnogi na własność, to wszystko jest jasne – jest to niczyje, a my stajemy się niewidzialni. Co tam aplikacje, GPS-y i podpisane internetowo umowy. Wydaje się nam, że w takim momencie możemy robić wszystko, co nasza bezkarna dusza zapragnie. Wjeżdżamy pod najwyższe krawężniki, zastawiamy ścieżki rowerowe, parkujemy, a właściwie porzucamy, samochody wszędzie. Czasami mam wrażenie, że odbywają się jakieś zawody, o których nie mam pojęcia, polegające na porzuceniu pojazdów w jak najgłupszym miejscu. Moim faworytem jest cymbał, który porzucił auto na rondzie, a konkretnie na jego środku. Mieszkam pod miastem i dzięki car sharingowi mogę zostać domorosłym kartografem, bo z dokładnością do kilku metrów jestem w stanie określić, gdzie kończą się administracyjne granice Wrocławia. Tam, gdzie ja nie postawiłbym roweru, stoją po dwa, trzy „wspólne” auta.

Sytuacja z hulajnogami jest jeszcze dziwniejsza. O ile widząc zaparkowany przeszkadzający samochód możemy zadzwonić do operatora systemu albo do Straży Miejskiej i liczyć że go usuną, o tyle pozostawioną na środku chodnika hulajnogę można po prostu przestawić!

Jadąc dzisiaj do pracy, widziałem jedną stojącą na przystanku tramwajowym w takim miejscu, że wsiadający ludzie niemal się o nią potykali, ale nikt jej nie przestawił. Nie liczę już nawet sytuacji, kiedy przewrócone przez wiatr czy idiotów jednoślady leżały w poprzek drogi dla rowerów.

Widać wyraźnie, że napędzane sojową latte społeczeństwo, które nigdy niczego nie miało, nie ma też odpowiedzialności za dobro wspólne. Równo przystrzyżona broda czy wegańskie kosmetyki nie sprawią, że przestaniemy być idiotami, a czasami mam wrażenie, że najmocniej rozwija się car sharing głupoty.

Przeczytaj również
Popularne