Zamknij Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.

Test otworzył mi oczy

Mazda 6

Maciej Słysz

Po raz kolejny ktoś „otworzył mi oczy”. Jak to jest? Widzimy samochody na ulicy, a w zasadzie na nie patrzymy, ale ich nie zauważamy. Właśnie dzięki testowi Fleet Cars&Vans miałem okazję zapoznać się z marką, która do tej pory była mi absolutnie obojętna i nie wzbudzała takiego zainteresowania, żebym na ulicy odprowadzał Mazdy wzrokiem.

Ot, kolejne ładne auta. Niektóre egzemplarze wybijają się z tłumu, nie powiem. Słyszałem również wiele pozytywnych opinii. Znam ludzi, którzy prywatnie użytkują taki czy inny model Mazdy, ale we mnie jakoś nigdy głębsze uczucie nie zakiełkowało do tego japońskiego producenta. Może też dlatego, że jakoś się nie złożyło do tej pory, żebym mógł zapoznać się bliżej z ofertą marki. Do dzisiaj. Świeżo po teście Mazdy 6 i Mazdy CX-5 mam głowę pełną wrażeń ‒ sprzecznych wrażeń ale o tym później. Mazda zaprezentowana w dwóch wersjach – limuzyna (kombi) oraz SUV pozwoliła zapoznać się ze wszystkimi zaletami i wadami propozycji flotowych japońskiego koncernu.

6, czyli segment D

Na początek Mazda 6, czyli typowy przedstawiciel segmentu D. Pamiętam, gdy po premierze Mazdy 6 w 2012 roku był istny boom na te samochody. Użytkownicy samochodów flotowych w tym segmencie chcieli mieć Mazdę 6. Rzeczywiście, ten model okazał się przebojem. Myślę, że przede wszystkim ze względu na niebanalną stylistykę, odskocznię od innych typowych modeli w segmencie D z Niemiec czy Francji, nadal pozostającą w zasięgu budżetów flotowych. Projektanci Mazdy odrobili pracę domową i po mdłym poprzedniku przygotowali naprawdę ładny i ciekawy samochód, na który naprawdę chce się patrzeć i do niego wsiadać. To wszystko, co miało premierę 8 lat temu, jest nadal aktualne i samochód nadal wygląda bardzo atrakcyjnie. Co prawda miały już miejsce dwa faceliftingi od tego czasu, ale dzięki temu auto nabrało jeszcze więcej charakteru. O jedynym słusznym bordowym kolorze lakieru dla każdego modelu Mazdy nie muszę chyba wspominać. Naprawdę ten samochód kupuje się oczami. I bardzo dobrze… Na pewno nie będą to zmarnowane pieniądze. Jak już ochłoniemy po wrażeniach estetycznych związanych z karoserią, po zajęciu miejsca na fotelu kierowcy czekają nas kolejne miłe doznania. Stylistyka wnętrza, materiały czy układ tego wszystkiego, co dzieje się wewnątrz, nie pozwoli odetchnąć. Tutaj nadal czuć, że w tym aucie liczą się przede wszystkim emocje. Królują tu bardzo przyjemna w dotyku skóra i solidne tworzywa sztuczne, które współgrają ze sobą idealnym spasowaniem. Nic dodać, nic ująć. Ładnie, atrakcyjnie i funkcjonalnie (bagażnik 522 l nie powala na kolana, ale czy w tym przypadku chodzi o przestrzeń bagażową?). Ponadto brak jest możliwości obsługi ekranu dotykowego podczas jazdy (kontrola poprzez joystick). A co się dzieje gdy ruszymy? Tutaj należy zadać pytanie: Czym ruszymy? Mazda w wersji benzynowej ma trzy propozycje – testowy 145 KM to nie jest najlepsze rozwiązanie, które bardzo szybko pozwoli nam zadać sobie pytanie: „dlaczego nie wybrałem tej mocniejszej jednostki”? Niestety, silnik ewidentnie nie daje sobie rady z masą pojazdu i jeżeli ktoś oczekuje chociaż cienia dynamiki, musi się nastawić na obroty w górnej skali, wręcz dochodzące do czerwonego pola (tak zmienia biegi fabryczna automatyczna skrzynia biegów). Wiecie już, co się z tym wiąże – spalanie i hałas. Pomimo że dane katalogowe mówią, że słabsza jednostka spali średnio mniej na 100 km niż wersja 165, jestem pewien, że przeciętny kierowca, w codziennym użytkowaniu nie zbliży się do tej wartości. Niestety, tutaj dochodzimy do najsłabszego punktu programu – przyspieszanie w tej wersji to nie jest przyjemność. Auto brzmi jakby się wyrywało do skoku w nadprzestrzeń, a my po prostu wyprzedzamy ciężarówkę na prawym pasie autostrady. Silnik ten jest dla tych, którzy naprawdę jeżdżą autem tylko do kościoła. Wiecie już, dlaczego napisałem we wstępie o sprzecznych wrażeniach? Auto wygląda agresywnie, jakby się rwało do jazdy, a tu się okazuje, że silnik jest tym słabym ogniwem. Ewidentnie można odczuć, że automatyczna skrzynia biegów i jednostka napędowa to niezgrany duet. Jest jeszcze jedna rzecz, która nie daje spokoju, choć to znowu, kwestia gustu i indywidualnych preferencji. Asystent pasa ruchu. Pierwszy raz zdarzyło mi się toczyć walkę z kierownicą o to, kto tu tak naprawdę prowadzi samochód. System ewidentnie stara się być mądrzejszy i pewnie, gdy będziemy sięgać po telefon, który właśnie spadł nam pod fotel, poprzez swoje sztywne i pewne działanie uratuje nam życie, ale przy codziennej jeździe po mieście rozwiązanie w tym wydaniu potrafi być uciążliwe.

Tak więc reasumując, jeżeli kochacie stylistykę Mazdy i możecie przymknąć oko na to czy tamto, wróżę waszemu związkowi świetlaną przyszłość. Pod warunkiem, że będzie to miłość do tej mocniejszej wersji waszej japońskiej partnerki, z sercem o 165 koniach mechanicznych. No właśnie i tu przechodzimy do jej wyrośniętej siostry…

MAZDA CX-5

Egzemplarz testowy był wyposażony właśnie w benzynowy silnik 2,0 l o tejże mocy – 165 KM. Również sprzężony z automatyczną skrzynią biegów. Tutaj sytuacja ma się już zupełnie inaczej. Ale, od początku…
Podobnie do modelu spod znaku „6”, auto zwraca uwagę na ulicy, ale dopiero przy bliższym kontakcie i zwróceniu uwagi na detale, można poczuć to, co w nim siedzi. Konsekwentnie Mazda projektuje swoje samochody w oparciu o emocje, jakie mają wzbudzać. Ponownie, tak jak to było w przypadku „szóstki” ‒ ja to kupuję. Zwłaszcza przedni pas, na który mogę się patrzeć godzinami. Auto, mimo że stoi, sprawia wrażenie ciągłego gnania do przodu. Co jest efektem jeszcze wyraźniejszego wyostrzenia linii przy okazji faceliftingu w 2017 roku. Ciut bardziej zachowawczo postąpiono z tyłem karoserii, ale nadal jest to przyzwoity poziom jak na auta w tej klasie, których kształt nadwozia ogranicza wyobraźnię projektantów. Lakier nadwozia? Oczywiście, bordowy, choć biały Snowflake z akcesoryjnymi felgami, również może się podobać. A co w środku? Swoje wrażenia opisałem powyżej przy okazji testu Mazdy 6 i… „Wysoki Sądzie, podtrzymuję swoje zeznania”. To nadal te same bardzo przyjemne materiały i solidne spasowanie. Czytelne, bez zbędnych ozdobników, zegary są przyjemne dla oczu. Jedynie zestaw nagłośnieniowy (o czym nie wspominałem wcześniej) pozostawia trochę do życzenia. Spotyka się przyjemniejsze dźwięki w fabrycznych zestawach audio u innych, tańszych producentów. W tym modelu Mazdy poczułem jednak coś więcej niż w limuzynie. Pozycja za kierownicą, mięsista kierownica, duże lusterka, ciche zawieszenie – to wszystko sprawia wrażenie, że jedziemy naprawdę ciężkim, solidnym i dużym samochodem. Znowu chciałoby się powiedzieć – segment premium. Ale żeby nie było za miło, uwagę zwracają zbyt krótkie siedziska foteli. Bagażnik 500 l powinien wystarczyć do rodzinnych wypadów. Na pewno docenimy szerokość otworu załadunkowego po otwarciu klapy.

Ok, wygląda dobrze, a jak jeździ? 165 KM w połączeniu z automatem nareszcie działa, i to bardzo dobrze działa. Na szczęście Mazda nie oferuje słabszej wersji CX-5, tak jak to mamy w przypadku „szóstki”. W zanadrzu natomiast mamy wersję 194 KM. Testowany silnik nie wymagał kręcenia obrotów do czerwieni. W jeździe miejskiej nie musimy przebijać się pedałem przyspieszenia przez kick-down, choć ta opcja pozwoli nam naprawdę poczuć głębszy wdech, jaki weźmie nasz silnik, żeby nas wystrzelić naprzód. Na pewno z tym silnikiem będziemy mieli większe szanse zbliżyć się wynikami spalania do wartości katalogowych. Nadal jednak przy przyspieszaniu, silnik swoim dźwiękiem da nam znać, że nie jest łatwo ruszyć gablotę o masie 1300 kg. Jeżeli ktoś ma zacięcie do wyścigów, ale akurat musi odwieźć dziecko do przedszkola, na pewno doceni te doznania słuchowe. Jeszcze jeden ważny element – zawieszenie. Jak dla mnie akurat – ani twarde, ani miękkie. Pomimo że jestem fanem francuskich pływających amortyzacji, to tutaj nie mogę złego słowa powiedzieć. Dodatkowo, na uwagę zasługuje wygłuszenie pracy naszego zawieszenia. W cenie 130 tys. zł brutto otrzymujemy auto z pazurem, automatem i całkiem przyzwoitym silnikiem. A żebyśmy nie zaparkowali na płocie czy ścianie garażu, dorzucą nam w tej cenie czujniki parkowania przód‒tył.

Zbliżając się do bram dealera, który użyczył obydwa samochody do testu, mam w głowie jedno, dlaczego ja wcześniej nie zwracałem na te auta uwagi? Nie mam pojęcia. Natomiast wiem, że sporo mnie ominęło.

Maciej Słysz
fleet manager