
Miał być postrachem piratów drogowych, wizytówką nowych przepisów i najbardziej efektownym radiowozem w Polsce. Tymczasem policyjny Ford Mustang GT zakończył swoją służbę na płocie szybciej, niż się wydawało.
Po zaledwie 114 dniach od oficjalnego wcielenia do służby trafił... do blacharza. Czerwony Mustang zasilił szeregi mazowieckiej drogówki 17 marca tego roku. Auto nie zostało kupione za publiczne pieniądze – pochodziło z konfiskaty po kierowcy, który prowadził pod wpływem alkoholu. Miało być żywą reklamą nowych przepisów: pijesz, tracisz samochód.
Nikt w zdarzeniu nie odniósł obrażeń, a kierujący pojazdami byli trzeźwi. Policjanci pracujący na miejscu zdarzenia na kierującą VW nałożyli mandat karny w kwocie 2000 zł i 10 punktów karnych.
Efekt? Zamiast spektakularnego pościgu – spektakularnie uszkodzony przód amerykańskiego muscle cara. Ostateczne przyczyny zdarzenia wyjaśni prowadzone postępowanie.
Samochód, który miał być symbolem bezpieczniejszej jazdy i skuteczniejszego ścigania piratów drogowych, sam zakończył służbę po niecałych czterech miesiącach. I to nie, biorąc udział w spektakulanrym pościgu, tylko dojeżdzając na interwencję. To prawdopodobnie jeden z najkrótszych „etatów” w historii polskiej drogówki.