fleetchat

E-sport

17 maja 2018

Trwa ożywiona dyskusja, czy sport uprawiany zza ekranu – tutaj uproszczę – komputera, to wciąż sport. Kiedy sączysz z dwunastolitrowego kubka słodki gazowany napój i jesz tylko to, co są ci w stanie dowieźć kolesie w dredach na skuterach, i walisz w klawiaturę – znowu uproszczenie – to chyba nie jesteś sportowcem. Tak, wiem, a szachiści, gracze w darta czy snookera? Jeżeli już traktować te dyscypliny jako sportowe, chociaż dwie z nich nie na darmo noszą określenie: barowe, to przyjmijmy, że są to tylko wyjątki potwierdzające regułę.

Sport jako taki wiąże się, przynajmniej dla mnie, z jakimś rodzajem aktywności fizycznej. Proszę absolutnie nie mylić tego ze zdrowiem. Znak równości między sportem i zdrowiem można postawić tylko do pewnego momentu i zazwyczaj ten moment wyznacza zarabianie pieniędzy przez uprawiającego sport.

Nie deprecjonuję wcale talentu osób, które wykazują się niesamowitym kunsztem w grach komputerowych. Jestem, a przynajmniej byłbym, w stanie nawet się tym pasjonować z poziomu kibica. Podobnie jak byłbym w stanie podziwiać sztuczki iluzjonisty czy największego sandacza złowionego podczas zawodów wędkarskich. Z jednym zastrzeżeniem – to nie jest sport. A co nim jest?

Oczywiście sport motorowy to sport, bo ma to w nazwie. Tutaj nie dopuszczam polemiki. Tym bardziej że bez względu na to, jaki rodzaj sportu motorowego weźmiemy pod uwagę, zawsze wymaga niesamowitego przygotowania fizycznego. W tej beczce motoryzacyjnego miodu jest jednak łyżka dziegciu, a właściwie e-dziegciu. Jak to zwykle bywa, wszystko za sprawą wszechwiedzących działaczy, którzy bez względu na to, co wiedzą, na pewno wiedzą to lepiej.

Immanentnymi cechami sportów motorowych są takie elementy jak prędkość, ryzyko, odwaga, hałas, często także specyficzny zapach. Zapach paliwa, spalonych gum. To składowa tych i całej setki innych elementów sprawia, że przeżywamy takie emocje, śledząc wyniki zawodów motorowych. Bez względu, jaki jest to rodzaj sportu: czy zawody F1, rallycross, zawody MotoGP, żużlowe czy rajdy samochodowe. Kiedy jesteśmy w parku serwisowym na rajdzie i słyszymy, jak odpala rajdówka, trudno nie mieć ciarek. Tak samo, kiedy żużlowcy w parku maszyn grzeją swoje motocykle – ciarki.

Tylko nie wiem, czy wiecie, że to właśnie sport motorowy jest źródłem całego zła, smogu, zanieczyszczenia i ocieplenia klimatu na świecie. Kiedy podczas odbywających się kilkanaście razy do roku zawodach rallycrossowych odpalane są samochody, obumierają rafy koralowe, niewinne dzieci tracą słuch, a z nieba lecą otrute sójki, albatrosy i kawki, nie France (literacki żart słowny). Dlatego mądrzy panowie siedzący za sterami FIA deliberują, jakby ten Armagedon powstrzymać. Zmniejszają pojemność silników, wyciszają tłumiki, dokładają silniki elektryczne, a już niedługo wywalą silniki spalinowe i zostawią same elektryczne. Bolidy F1 obudowują, wyciszają, wygaszają…

Do tego źle rozumiana poprawność polityczna każe wyganiać z padoków, pól startowych piękne kobiety. Czemu, ja pytam? Co złego w kobietach stojących przy pięknych arcydziełach sztuki motoryzacyjnej?

Powoli, acz nieuchronnie, zmierzamy do momentu, kiedy na torach wyścigowych będziemy oglądać ciche i niezwykle bezpieczne samochody elektryczne, które będą skupiały na sobie całą uwagę, bo kobiety, z troski o to, aby ich nie molestować, będą miały zakaz zbliżania się na odległość mniejszą niż 5 km do toru. Następnie, bo przecież zużywają się opony i pył z klocków hamulcowych, bezpieczniej i bardziej ekologicznie będzie, jak tylko ustawimy samochody bądź motocykle na starcie i wylosujemy zwycięzców – to bardziej ekologiczne. Stąd już tylko jeden krok do tego, aby posadzić wszystkich przed ekranami komputerów i niech tam na wszelkiego rodzaju symulatorach biorą udział w wyścigach czy rajdach. Jakie to bezpieczne – wykrzykną spece od bezpieczeństwa w FIA; jakie to ekologiczne – wtórować im będą koledzy. To i ja zakrzyknę: Cóż za emocje… przepraszam: E-MOCJE.

Tomasz Siwiński